poniedziałek, 29 grudnia 2008
Conversazioni con il boia
sobota, 22 listopada 2008
"Tacierzyństwo" po włosku
Widziałem ostatnio ciekawy film pt. Le Chiavi di Casa (w Polsce jako 'Klucze do domu') z 2004 roku w reżyserii Gianni'ego Amelio. Film opowiada historię mężczyzny, który porzucił swojego niepełnosprawnego syna zaraz po porodzie, w czasie którego zmarła matka dziecka, i po kilkunastu latach wraca, żeby się chłopcem zaopiekować na czas pobytu w specjalistycznym ośrodku rehabilitacyjnym w Niemczech. Chłopiec (Paolo) ma chyba porażenie mózgowe - ma powykręcane nogi i ręce, jest mocno zgarbiony, ale stara się chodzić sam. Chociaż ma już piętnaście lat, zachowuje się często jak małe dziecko. Mimo ciężkiego upośledzenia jest jednocześnie bardzo śmieszną postacią - zadaje komiczne pytania (na przykład o to, czy jego ojciec pracuje wewnątrz czy na zewnątrz firmy), opowiada o włoskiej piłce nożnej, śpiewa piosenki Vasco Rossiego etc. Sceny z jego udziałem są zdaje się rejestracją jego naturalnego zachowania, bo chłopiec prawdopodobnie nie potrafił grać. Centralną postacią jest jednak ojciec i dynamika wydarzeń jest wyznaczona ewolucją tej postaci. Gianni jest młodym, przystojnym facetem z dobrą pracę, kochającą żoną i malutkim drugim synem. Wydawałoby się, że ma wszystko czego potrzeba do szczęścia, ale szczęśliwy nie jest. Pomysł filmu oparty jest na ciekawej symetrii - podczas gdy jeden bohater cierpi na chorobę cielesną, drugi cierpi na duchową, która przejawia się ona w wyjątkowej wrażliwości Gianniego. Śmierć żony i porzucenie Paolo stanowiło dla niego na pewno wielką traumę, ale poza tym jest on okaleczony nie tylko przez poczucie winy, ale charakterologiczną tak skrajną 'kobiecą' nadwrażliwość, że czasem wręcz budzi ona u widza mimowolną niechęć do postaci. Na tym poziomie film jest więc w dużym stopniu portretem 'niemęskiego' mężczyzny. Postacią stanowiącą przeciwwagę dla Gianniego jest natomiast postać silnej starszej kobiety, którą spotyka w szpitalu, i która od prawie trzydziestu lat wytrwale opiekuje się ciężko upośledzoną córką. To ona właśnie wygłasza kluczową kwestię w filmie, że jeśli Gianni zdecyduje dalej opiekować się Paolo, to musi być gotowy na to, że to on sam, a nie syn, będzie w tej całej sytuacji najbardziej cierpiał. Poza kwestiami genderowymi więc, na poziomie bardziej filozoficznym, postać niepełnosprawnego chłopca można chyba interpretować jako uosobienie tragizmu życia, który trzeba zaakceptować po to, żeby móc żyć. I to jest chyba najciekawsze przesłanie filmu. Podsumowując, chociaż można przyczepić do poziomu gry aktorskiej, która w przypadku Gianniego pozostawia czasem trochę do życzenia, generalnie film warto obejrzeć. Niżej zamieszczam zwiastun.
Zastanawiając się nad portretem ojcostwa w tym filmie zdałem sobie sprawę, że we Włoszech w ciągu ostatnich dziesięciu lat powstały w sumie trzy ważne i głośne filmy przedstawiające relacje między ojcami a synami, a właściwie bardziej postacie tych pierwszych. Najpierw w 1998 roku ukazała się genialna komedia o Holocauście 'La vita e bella' (Życie jest piękne), w której ojciec stara się ratować syna będącego w skrajnym niebezpieczeństwie. W 2001 powstał 'La stanza del figlio' (Pokój syna), gdzie główny bohater nie może wrócić do normalnego życia po stracie dziecka. Wreszcie w 2004 znacznie mniej popularny od tamtych ale też dostrzeżony film omówiony wyżej. Oczywiście te filmy, szczególnie dwa pierwsze, dotykają zagadnień znacznie szerszych niż ojcostwo, nie zmienia to jednak faktu, że ukazanie zachowania ojców, którzy, odpowiednio, chronią, tracą czy odzyskują dziecko, jest jednym z kluczowych elementów ich treści. Zastanawiam się czy ta koncentracja na ojcostwie jest przypadkowa, a jeśli nie, to o czym może ona świadczyć. Czy jest przejawem dominującej roli mężczyzn w kulturze włoskiej? Tu można by zauważyć, że film hiszpański poruszający temat podobny do tego z "Pokoju Syna", więc "Wszystko o mojej matce" Almodovara, opowiada o cierpieniu matki, a nie ojca, po stracie dziecka. Czy może te portrety ojców włoskich są bardziej przejawem zmieniających się stosunków wewnątrzrodzinnych, związanych z przedefiniowaniem roli ojca, który często coraz bardziej przejmuje funkcje tradycyjnie przypisane matce? Jedno nie wyklucza drugiego oczywiście. Obserwacje te mogą być też zbyt daleko idącymi wnioskami, co nie przeszkodzi mi przeskoczyć na kwestie polityczno-społeczne i poświęcić parę słów kwestii 'tacierzyństwa'.
'Tacierzyństwo' jest oczywiście terminem pochodzącym od 'urlopów tacierzyńskich' wymyślonym przez pismaków z Gazety Wyborczej i brzydko zaśmiecającm polszczyznę. Dlaczego, do diaska, nie 'urlop ojcowski'?! Pewnie dlatego, że 'ojciec' brzmi podejrzanie tradycyjnie i zalatuje patrymonialnym wzorcem rodziny, więc przez zmianę języka będziemy dążyć do zmian politycznych... 'Tacierzyństwo' można by chyba zdefiniować jako zjawisko socjologiczne polegające na większym niż niż to drzewiej bywało udziale mężczyzn w wychowywaniu dzieci, albo może nawet lepiej, żeby nie obrażać dobrych ojców, jako wyraz tendencji do politycznego promowania takich postaw.
Krótko wspomnę w tym kontekście o stosunkowo głośnym wydarzeniu, które miało miejsce na włoskiej scenie politycznej w zeszłym miesiącu, a mianowicie o nieoczekiwanej rezygnacji burmistrza Bolonii Sergio Cofferati'ego z ubiegania się o kolejną kadencję. Cofferati jest członkiem Partii Demokratycznej i byłym długoletnim szefem największego włoskiego związku zawodowego Cgil (około 5,5 mln członków, tradycyjnie zdominowany przez komunistów). Jako powód rezygnacji podał on sytuację rodzinną, co wywołało początkowo niedowierzanie i liczne spekulacje, że prawdziwy powód musiał być w rzeczywistości inny. Cofferati zaczął więc tłumaczyć tę sytuację rodzinną i w efekcie jego rezygnacja stała się, szczególnie dla osób o poglądach lewicowych, przykładem zachowania szczególnie godnego szacunku a nawet ważną demonstracją światopoglądowa. Krótko pisząc, sytuacja rodzinna burmistrza wygląda tak, że jego partnerka mieszka z synkiem w Genui, oddalonej od Bolonii o 600 kilometrów, i nie chce się przeprowadzić do Bolonii. Ponieważ "nie można oczekiwać, że małe dziecko będzie spędzać dużą część swojego życia na autostradach" Cofferati stwierdził, że musi poświęcić swoją karierę polityczną. W wywiadzie dla Il Corriere della sera mówił między innymi tak: "Wieczór przed konferencją prasową, na której ogłosiłem moją decyzję, uciekłem do Genui. Tamtego wieczora mój syn postawił pierwsze kroki. Bez żadnej pomocy dźwignął się na nogi i popatrzył na mnie triumfalnie, świadomy, że zrobił coś wyjątkowego. Potem upadł na pupę tak mocno, że aż mnie przestraszył." Uuu, jakie to słodkie! - chciałoby się powiedzieć:) Pojawiło się sporo komentarzy, że to wspaniale, że choć raz kobieta nie musi się dostosowywać do męża i może kontynuować swoją karierę, co Cofferati skromnie komentował "Nie zrobiłem przecież nic wielkiego. Chcę być z moim synem, móc się z nim bawić". Warto jednak zauważyc, że tym co trochę ginie w tej historii jest rozumienie polityki jako służby publicznej. Burmistrz Bolonii ma oczywiście prawo stawiać dobro żony czy synka wyżej niż pracę dla dobra publicznego, ale przesadą jest robienie z tego cnoty. Żeby było śmieszniej pojawiły się głosy, że Cofferati może wkrótce kandydować do Parlamentu Europejskiego, bo "obowiązki europarlamentarzysty są łatwiejsze do pogodzenia z życiem rodzinnym", he, he.
Jak Czytelnicy się już pewnie zorientowali nie bardzo kryję się na tym blogu z moimi konserwatywnymi przekonaniami. Nie chciałbym jednak wyjść na większego konserwatystę niż jestem w rzeczywistości, więc potrzebne może być zastrzeżenie, że zupełnie nie martwi mnie zmieniająca się rola mężczyzny w rodzinie - wyznaję zasadę "wolnoć Tomku w swoim domku". Natomiast śmieszą mnie a czasem też budzą moją niechęć polityczne tendencje, żeby takie zmiany promować, majstrując tym samym przy 'podstawowej komórce społecznej', która i tak miewa się w naszych czasach niezbyt dobrze.
niedziela, 9 listopada 2008
Złote myśli boskiego Silvio
Proszę mi wybaczyć, że dzisiejszy wpis będzie miejscami na poziomie brukowca, ale to nieuniknione, bo pisać będę o premierze Włoch.
Jak już pewnie większość Czytelników słyszała, Berlusconi znowu na pięć minut znalazł się w centrum zainteresowania międzynarodowej opinii publicznej, tym razem z powodu wypowiedzi dotyczącej czarnoskórego prezydenta elekta USA, Baracka „Yes, we can!” Obamy. Boski Silvio, siedząc ramię w ramię ze swoim kumplem Medvedevem, stwierdził, że Obama „Ma wszystko, czego trzeba, żeby stosunki z nim układały się dobrze - jest młody, przystojny i w dodatku opalony.” Następnie zamerdał ogonem, czekając na oklaski, co można obejrzeć na klipie zamieszczonym niżej. W charakterze wstępnego komentarza krzyknę sobie tylko: Niech żyje demokracja! He, he.
Nie była to oczywiście pierwsza wypowiedź boskiego Silvio, która wywołała żywy oddźwięk poza granicami Włoch. Chyba najgłośniejsza była ta, kiedy w Parlamencie Europejskim powiedział do krytykującego go deputowanego niemieckiego: „Panie Schulz, wiem, że we Włoszech jest producent filmowy, który kręci film o nazistowskich obozach koncentracyjnych, zaproponuję Pana do roli kapo, nadaje się Pan znakomicie!”. Innym razem, w czasie otwarcia Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności w Parmie, o który Włochy rywalizowały z Finlandią, żartował, że w negocjacjach z (bardzo mało atrakcyjną) panią prezydent Finlandii Tarją Halonen użył "całego swojego wdzięku playboya", by przekonać ją do lokalizacji urzędu we Włoszech. Finowie nie kryli oburzenia, a włoski ambasador w Helsinkach został wezwany na dywanik tamtejszego ministra spraw zagranicznych. Innym jeszcze razem, na spotkaniu w sprawie europejskiego traktatu konstytucyjnego, opowiadał dowcipy o wyrzucaniu polityków z helikopterów w czasie, gdy czekano na Leszka Millera, który na to spotkanie przyjechał na wózku inwalidzkim, po tym, jak o mały włos nie stracił życia w wypadku śmigłowca.

Szczerze pisząc, do żadnej z osób, które Berlusconi dotknął tymi głupawymi komentarzami nie czuję sympatii – ani do uprawiającego pustosłowie gwiazdora hollywoodzkiego, który będzie prezydentem USA, ani do zarozumiałego niemieckiego socjaldemokraty, ani do sztywnej prezydent Finlandii, a już na pewno nie do tego komunistycznego pieska Millera. Premier oczywiście nie powinien pleść takich rzeczy, ale prywatnie można się trochę cieszyć, że np. ‘dowalił szwabowi’. Poza tym, Berlusconi strasznie wymyśla na komunistów, co też czasem mi się podobało, bo nie mogę znieść resztek fascynacji komunizmem, którą cały czas widać wśród naiwnej włoskiej inteligencji. (Inna sprawa, że widzi tych komunistów wszędzie i opowiada, że jedli dzieci.) Przyznaję więc, że Berlusconi może się wydawać czasem odtrutką na wszechobecną polityczną poprawność. Oto sympatyczny, może prosty, ale swojski włoski chłop, który wali prosto z mostu to, co naprawdę myśli. W dodatku self-made man, miliarder. I takim właśnie wizerunkiem zdobywa sobie serca Włochów.
Wydaje mi się, że problem, do którego zbliżyłem się wyżej, dobrze zdefiniował kiedyś Giorgio Gaber, włoski aktor i piosenkarz, który powiedział, że Berlusconiego jako takiego się nie obawia, natomiast boi się tego Berlusconiego, którego dostrzega w sobie samym („Non temo Berlusconi in sé, temo Berlusconi in me.”). Aby rozprawić się z tym Berlusconim, który potencjalnie tkwi we mnie, przyjrzałem się jego mniej znanym wypowiedziom i stwierdziłem, że jednak jestem czysty, he, he. Wypowiedzi te, pokazujące ogrom głupoty Berlusconiego, przytaczam poniżej. Oczywiście nie mogą one stanowić głównego argumentu oskarżenia przeciw Berlusconiemu. Wystarczy wspomnieć, że jest coś bardzo nie na miejscu w tym, że właściciel olbrzymiego medialnego imperium i najbogatszy człowiek we Włoszech zajmuje również najwyższe stanowisko polityczne w państwie, dysponując w ten sposób władzą, jakiej nie ma chyba nikt w żadnej z ‘dojrzałych’ demokracji. Mimo to, wydaje mi się, że przytoczone cytaty, poza tym, że czasem śmieszą, bardzo dobrze ilustrują, jakim głupcem, pyszałkiem i niebezpiecznym chamem jest ostatecznie Berlusconi. (Przytaczam je razem z wersją oryginalną, więc można sprawdzić moje tłumaczenie.)
* „Papież jest człowiekiem wyjątkowym, każda jego podróż jest jak strzelony gol. Ma taką samą zwycięską ideę jak mój Milan [klub piłkarski, którego B. jest właścicielem], a która jest przecież ideą samego Boga: zwycięstwo Dobra nad Złem.”
("Il papa è un uomo straordinario, ogni suo viaggio è come un goal. Ha la stessa idea vincente del mio Milan, che poi è l'idea di Dio: la vittoria del Bene sul Male", 30 marzo 1994)
* „Martwię się o Ronaldo, trzeba go wysłać do Lourdes.” - O piłkarzu AC Milan.
("Sono preoccupato per Ronaldo, bisogna mandarlo a Lourdes." , 2 dicembre 2007)
* „Mam zbyt wiele szacunku do inteligencji Włochów, żeby myśleć, że jest wśród nich tylu fiutów, którzy mogliby głosować przeciw własnym interesom.”
(“Ho troppa stima dell'intelligenza degli italiani per pensare che ci siano in giro così tanti coglioni che possano votare facendo il proprio disinteresse.", 4 aprile 2006)
* „Gdyby była niezłą dupą, to bym to pamiętał” - O Margaret Thatcher.
(“Se fosse stata una bella gnocca me ne ricorderei.”)
* „Nie ma na światowej scenie politycznej nikogo, kto mógłby się ze mną równać, nikogo, kto by miał moją przeszłość, moją historię. Z punktu widzenia cech osobowości, jeśli jest ktoś, kto ma pewną przewagę, to tym kimś jestem ja. Kiedy siedzę obok tego czy innego prezydenta czy premiera, zawsze jest ktoś, kto chce udowodnić, że jest najlepszy, ale tym kimś nie jestem ja. Moje zalety są poza dyskusją. Moje człowieczeństwo, moja historia, inni mogą sobie tylko o nich pomarzyć. To oni muszą mi udowodnić, że są dobrzy.”
(“Non c'è nessuno sulla scena mondiale che può pretendere di confrontarsi con me, nessuno dei protagonisti della politica che ha il mio passato , che ha la storia che ho io. Da un punto di vista personale se c'è qualcuno che ha una posizione di vantaggio questo qualcuno sono io. Quando mi siedo a fianco di questo o quel premier o capo di stato, c'è sempre qualcuno che vuole dimostrare di essere il più bravo, e questo qualcuno non sono io. La mia bravura è fuori discussione. La mia sostanza umana, la mia storia, gli altri se la sognano. Sono loro che devono dimostrare a me di essere bravi", 8 marzo 2001)
* „Ja jestem Jezusem Chrystusem polityki, cierpliwą ofiarą, znoszę wszystko, poświęcam się dla wszystkich.
("Io sono il Gesu Cristo della politica , una vittima, paziente, sopporto tutto, mi sacrifico per tutti.", 12 febbraio 2006)
* Jeśli umrę jutro, to miałem już w życiu wiele satysfakcji, ale martwię sie o ten kraj.
("Se muoio domani ho già avuto tante soddisfazioni, ma sono preoccupato per il paese", 30 maggio 2001)
* „Było późno, nie byłem śpiący a w telewizji leciały tylko filmy prehistoryczne. Skakałem po kanałach i zatrzymałem się na takim, gdzie oglądało się panienki, które zachęcały do telefonowania. Chciałem zorientować się w sytuacji: ‘Pani pozwoli, na kogo pani będzie głosować 9 i 10 kwietnia?’ Siedem na dziewięć powiedziało, że na Berlusconiego.”
("Era tardi, mi era passato il sonno e in tv c'erano solo film preistorici. Ho fatto zapping in tv e sono finito su un canale dove si vedevano delle signorine che invitavano a telefonare. Ho voluto tastare il polso della situazione: 'Mi consenta, signorina, ma lei il 9 e 10 aprile per chi voterà?'. Sette su nove hanno detto Berlusconi." (2 aprile 2006)
* "Mussolini nigdy nikogo nie zabił: dysydentów wysyłał na wakacje na granicę."
("Mussolini non ha mai ucciso nessuno: gli oppositori li mandava in vacanza al confino." , 4 settembre 2003)
* „Do zbierania zwłok pedalò [duże rowery wodne] są przydatne. Nie słyszałem, aby ktoś się skarżył "“ – odpowiedź na pytanie, dlaczego policja używała tych łodzi do wyławiania zwłok imigrantów.
(„In certi casi i pedalò sono utili. Nessuno (dei cadaveri) si è lamentato”)
W charakterze gwoździa do trumny, choć z pewnym obrzydzeniem, zamieszczam jeszcze jeden klip z Berlusconim w roli głównej (uwaga, drastyczne!).
poniedziałek, 3 listopada 2008
Giń Pinokio!
Siły reakcji nie miały litości dla nikogo - biedny Pinokio poległ w obronie status quo w szkołach włoskich.
sobota, 1 listopada 2008
Protesty przeciw reformie szkolnictwa
Nie czytałem ostatnio regularnie prasy, telewizora nie posiadam, mieszkam w małym toskańskim miasteczku (no, nie wróży to najlepiej temu blogowi, he, he), ale i tak od jakiegoś czasu docierały do mnie głosy o masowych protestach przeciwko reformie edukacji. Przyzwyczajony jestem, że Włosi okresowo-cyklicznie strajkują, manifestują czy jeszcze inaczej publicznie się bałwanią, utrudniając w ten sposób życie uczciwie pracującym współobywatelom, więc nie dochodziłem o co im konkretnie chodzi tym razem. Przedwczoraj jednak (30.10), na moje nieszczęście, wybrałem się do centrum Florencji i na własnej skórze odczułem konsekwencje strajkowego karnawału, przejawiające się jak zwykle w postaci korków. We Florencji maszerowało według organizatorów ponad cztery tysiące osób, paru idiotów wstrzymało nawet ruch pociągów na stacji Campo di Marte. Nie był to bynajmniej szczyt protestów, bo jakiś tydzień temu mieliśmy już demonstrację z udziałem 60 tysięcy osób. Przedwczoraj natomiast we Włoszech miał miejsce strajk powszechny i podobno 90 procent szkół było zamkniętych. Skoro już zostałem wciągnięty w tę historię, stwierdziłem, że spróbuję ustalić co przewiduje tzw. reforma Gelmini, tak znienawidzona przez protestujących.

Nazwa ustawy, jak to tradycyjnie we Włoszech, pochodzi od nazwiska autora, w tym przypadku urzędującej minister edukacji, najmłodszej, bo 35-letniej, członkini rządu Berlusconiego (a przy okazji wielbicielki Baracka Obamy), która w sondażu z zeszłego miesiąca okazała się najbardziej popularnym ministrem obecnego rządu. To właśnie ona ze względu na konieczność cięć budżetowych i nie najlepszego stanu włoskiego szkolnictwa zaproponowała pewne daleko idące, wręcz rewolucyjne zmiany, które wzbudziły wściekłość zainteresowanych.
Krótko o merytorycznych, nie budżetowych, przyczynach konieczności reformy. Ekonomiści podobno zgodnie twierdzą, że jednym z powodów dla których Włochy w ostatnich latach pod względem rozwoju gospodarczego pozostają daleko w tyle za wiodącymi państwami Unii Europejskiej jest to, że włoski system edukacji nie spełnia roli jaką pełnić powinien w "społeczeństwie opartym na wiedzy" (knowledge-based society). Powszechnym problemem, na przykład, jest brak dostępu do internetu w szkołach. Jeśli chodzi o poziom nauczania to, podczas gdy włoskie podstawówki na tle Europy wypadają całkiem nieźle, duże problemy zaczynają się od szkół średnich wzwyż. W ostatnich latach powszechne stały się też przypadki przemocy w szkołach.
Główne propozycje minister Gelmini są następujące:
1. Redukcja etatów nauczycielskich. Chce zatrudniać mniej nauczycieli, płacić im więcej i stawiać na tych lepiej wykwalifikowanych. Ma nie być zwolnień, natomiast przez trzy lata nie będą zatrudniani nowi nauczyciele. Według mnie, brzmi to całkiem rozsądnie, ale lobby nauczycielskie oczywiście się buntuje. Natomiast dosyć dobrym argumentem przeciw niezatrudnianiu nowych nauczycieli jest szkodliwe ograniczenie napływu świeżej krwi.
2. Jeden nauczyciel na klasę w szkołach podstawowych - jest to powrót do systemu z lat 50tych i 60tych. We Włoszech do podstawówki idą sześciolatkowie i nauka w nich trwa pięć lat. Niektórzy nauczyciele boją się, że nie dadzą rady uczyć dziesięciolatków matematyki. W Polsce, o ile dobrze pamiętam, jeden nauczyciel jest w klasach 1-3 (z tym, że podstawówkę zaczyna się później, co teraz modernizatorzy z PO chcą niestety skorygować). Również w tym wypadku nie wydaje się, żeby postulat był pozbawiony sensu.
3. Przywrócenie stopni z zachowania, zlikwidowanych dziesięć lat temu i powtarzania roku w przypadku oceny nagannej. Chce również uczyć dobrych manier w szkołach, zastanawia się na przywróceniem mundurków, a więc w tym punkcie ma wiele wspólnego z naszym Romanem. Wydaje się jednak, że Mariastella (w dosłownym tłumaczeniu Mariagwiazda, co jest nieustannie wykorzystywane przeciwko minister przez protestujących) jest trochę bardziej solidnym, choć na pewno nie ładniejszym, ministrem niż był Roman.
4. Na uniwersytetach natomiast Mariastella chce przeprowadzić ostre cięcia i zredukować między innymi liczbę kierunków. Co ważniejsze jednak chce wprowadzić możliwość tworzenia przez uniwersytety fundacji, które by odciążyły budżet państwa, co jest bardzo nieśmiałym krokiem w kierunku prywatyzacji uniwersytetów. Samo słowo 'prywatyzacja' natomiast jest tu oczywiście zakazane. Studenci protestują najbardziej intensywnie, bo mają dużo, nawet bardzo dużo czasu wolnego i są przekonani, że ten czas należy im się z tego tylko powodu, że istnieją. We Włoszech na porządku dziennym jest, że ktoś studiuje nawet dziesięć lat na studiach magisterskich.
Problemy z państwowym szkolnictwem wyższym, jego niewydolnością i olbrzymimi sumami jakie pochłania nie są oczywiście problemami wyłącznie włoskimi. Pamiętam, że podobne protesty odbywały się parę lat temu w Niemczech, gdy chciano wprowadzić ograniczenia jeśli chodzi właśnie o długość studiów i gdzie powszechna tendencja jest też taka, że studiuje się znacznie dłużej niż standardowe 5 lat. Dwa lata temu i rok temu protestowali natomiast studenci francuscy sprzeciwiając się najpierw zmianom w kodeksie pracy a potem regulacjom dającym większą autonomię uniwersytetom. Rządzący starają się więc jak widać podejmować pewne próby racjonalizacji systemów szkolnictwa wyższego ale napotykają na tak silny ruch oporu, który korzeniami sięga zdaje się niesławnego roku 1968, że wydaje się, że daleko w tych zapędach reformatorskich nie zajdą. Nadzieja w ostrym kryzysie gospodarczym, który przyjdzie, zrówna wszystko i dobitnie pokaże, że państwowe uniwerki są bez sensu.
Na marginesie wspomnę, że według mnie, uwieńczeniem filozofii zachodnioeuropejskiego systemu uniwersyteckiego od dawna konsekwentnie promującego nicnierobienie, wisienką na jego torcie, jest wyjątkowo demoralizujący dla wielu uczestników program wymiany studentów Socrates/Erasmus, który pomyślany jest zdaje się jako sposób kształtowania tożsamości europejskiej, a zazwyczaj polega po prostu na niekończącej się libacji. Wiem coś o tym, bo sam miałem kiedyś przyjemność w nim uczestniczyć, he, he. Film, który świetnie oddaje wspaniałą atmosferę programu Erasmus, to francuski gniot pod tytułem "Auberge espagnole" z 2002 roku, intensywnie nagradzany na europejskich festiwalach filmowych, który w Polsce był wyświetlany jako "Smak Życia", a który ja bym zatytułował po prostu "Rzyganie w Barcelonie".
Zakończę retorycznym pytajniko-wykrzyknikiem w stylu radiomaryjnym: Co to się porobiło z tymi zachodnimi społeczeństwami?! Wywyższyli młodość ponad wszystko, robiąc z niej świętą krowę i pozwalając młodym obijać się w nieskończoność na koszt reszty społeczeństwa, a teraz pozwalają im się powoli pogrążać. Moim zdaniem, w 'starej Europie', używając terminu Rumsfelda, najlepiej się żyje będąc studentem albo urzędnikiem europejskim - są to zdecydowanie dwa podstawowe filary nowej klasy próżniaczej. (Przy okazji, sam jestem wiecznym studentem:)


