sobota, 1 listopada 2008

Protesty przeciw reformie szkolnictwa


Nie czytałem ostatnio regularnie prasy, telewizora nie posiadam, mieszkam w małym toskańskim miasteczku (no, nie wróży to najlepiej temu blogowi, he, he), ale i tak od jakiegoś czasu docierały do mnie głosy o masowych protestach przeciwko reformie edukacji. Przyzwyczajony jestem, że Włosi okresowo-cyklicznie strajkują, manifestują czy jeszcze inaczej publicznie się bałwanią, utrudniając w ten sposób życie uczciwie pracującym współobywatelom, więc nie dochodziłem o co im konkretnie chodzi tym razem. Przedwczoraj jednak (30.10), na moje nieszczęście, wybrałem się do centrum Florencji i na własnej skórze odczułem konsekwencje strajkowego karnawału, przejawiające się jak zwykle w postaci korków. We Florencji maszerowało według organizatorów ponad cztery tysiące osób, paru idiotów wstrzymało nawet ruch pociągów na stacji Campo di Marte. Nie był to bynajmniej szczyt protestów, bo jakiś tydzień temu mieliśmy już demonstrację z udziałem 60 tysięcy osób. Przedwczoraj natomiast we Włoszech miał miejsce strajk powszechny i podobno 90 procent szkół było zamkniętych. Skoro już zostałem wciągnięty w tę historię, stwierdziłem, że spróbuję ustalić co przewiduje tzw. reforma Gelmini, tak znienawidzona przez protestujących.



Nazwa ustawy, jak to tradycyjnie we Włoszech, pochodzi od nazwiska autora, w tym przypadku urzędującej minister edukacji, najmłodszej, bo 35-letniej, członkini rządu Berlusconiego (a przy okazji wielbicielki Baracka Obamy), która w sondażu z zeszłego miesiąca okazała się najbardziej popularnym ministrem obecnego rządu. To właśnie ona ze względu na konieczność cięć budżetowych i nie najlepszego stanu włoskiego szkolnictwa zaproponowała pewne daleko idące, wręcz rewolucyjne zmiany, które wzbudziły wściekłość zainteresowanych.


Krótko o merytorycznych, nie budżetowych, przyczynach konieczności reformy. Ekonomiści podobno zgodnie twierdzą, że jednym z powodów dla których Włochy w ostatnich latach pod względem rozwoju gospodarczego pozostają daleko w tyle za wiodącymi państwami Unii Europejskiej jest to, że włoski system edukacji nie spełnia roli jaką pełnić powinien w "społeczeństwie opartym na wiedzy" (knowledge-based society). Powszechnym problemem, na przykład, jest brak dostępu do internetu w szkołach. Jeśli chodzi o poziom nauczania to, podczas gdy włoskie podstawówki na tle Europy wypadają całkiem nieźle, duże problemy zaczynają się od szkół średnich wzwyż. W ostatnich latach powszechne stały się też przypadki przemocy w szkołach.


Główne propozycje minister Gelmini są następujące:


1. Redukcja etatów nauczycielskich. Chce zatrudniać mniej nauczycieli, płacić im więcej i stawiać na tych lepiej wykwalifikowanych. Ma nie być zwolnień, natomiast przez trzy lata nie będą zatrudniani nowi nauczyciele. Według mnie, brzmi to całkiem rozsądnie, ale lobby nauczycielskie oczywiście się buntuje. Natomiast dosyć dobrym argumentem przeciw niezatrudnianiu nowych nauczycieli jest szkodliwe ograniczenie napływu świeżej krwi.


2. Jeden nauczyciel na klasę w szkołach podstawowych - jest to powrót do systemu z lat 50tych i 60tych. We Włoszech do podstawówki idą sześciolatkowie i nauka w nich trwa pięć lat. Niektórzy nauczyciele boją się, że nie dadzą rady uczyć dziesięciolatków matematyki. W Polsce, o ile dobrze pamiętam, jeden nauczyciel jest w klasach 1-3 (z tym, że podstawówkę zaczyna się później, co teraz modernizatorzy z PO chcą niestety skorygować). Również w tym wypadku nie wydaje się, żeby postulat był pozbawiony sensu.


3. Przywrócenie stopni z zachowania, zlikwidowanych dziesięć lat temu i powtarzania roku w przypadku oceny nagannej. Chce również uczyć dobrych manier w szkołach, zastanawia się na przywróceniem mundurków, a więc w tym punkcie ma wiele wspólnego z naszym Romanem. Wydaje się jednak, że Mariastella (w dosłownym tłumaczeniu Mariagwiazda, co jest nieustannie wykorzystywane przeciwko minister przez protestujących) jest trochę bardziej solidnym, choć na pewno nie ładniejszym, ministrem niż był Roman.



4. Na uniwersytetach natomiast Mariastella chce przeprowadzić ostre cięcia i zredukować między innymi liczbę kierunków. Co ważniejsze jednak chce wprowadzić możliwość tworzenia przez uniwersytety fundacji, które by odciążyły budżet państwa, co jest bardzo nieśmiałym krokiem w kierunku prywatyzacji uniwersytetów. Samo słowo 'prywatyzacja' natomiast jest tu oczywiście zakazane. Studenci protestują najbardziej intensywnie, bo mają dużo, nawet bardzo dużo czasu wolnego i są przekonani, że ten czas należy im się z tego tylko powodu, że istnieją. We Włoszech na porządku dziennym jest, że ktoś studiuje nawet dziesięć lat na studiach magisterskich.


Problemy z państwowym szkolnictwem wyższym, jego niewydolnością i olbrzymimi sumami jakie pochłania nie są oczywiście problemami wyłącznie włoskimi. Pamiętam, że podobne protesty odbywały się parę lat temu w Niemczech, gdy chciano wprowadzić ograniczenia jeśli chodzi właśnie o długość studiów i gdzie powszechna tendencja jest też taka, że studiuje się znacznie dłużej niż standardowe 5 lat. Dwa lata temu i rok temu protestowali natomiast studenci francuscy sprzeciwiając się najpierw zmianom w kodeksie pracy a potem regulacjom dającym większą autonomię uniwersytetom. Rządzący starają się więc jak widać podejmować pewne próby racjonalizacji systemów szkolnictwa wyższego ale napotykają na tak silny ruch oporu, który korzeniami sięga zdaje się niesławnego roku 1968, że wydaje się, że daleko w tych zapędach reformatorskich nie zajdą. Nadzieja w ostrym kryzysie gospodarczym, który przyjdzie, zrówna wszystko i dobitnie pokaże, że państwowe uniwerki są bez sensu.


Na marginesie wspomnę, że według mnie, uwieńczeniem filozofii zachodnioeuropejskiego systemu uniwersyteckiego od dawna konsekwentnie promującego nicnierobienie, wisienką na jego torcie, jest wyjątkowo demoralizujący dla wielu uczestników program wymiany studentów Socrates/Erasmus, który pomyślany jest zdaje się jako sposób kształtowania tożsamości europejskiej, a zazwyczaj polega po prostu na niekończącej się libacji. Wiem coś o tym, bo sam miałem kiedyś przyjemność w nim uczestniczyć, he, he. Film, który świetnie oddaje wspaniałą atmosferę programu Erasmus, to francuski gniot pod tytułem "Auberge espagnole" z 2002 roku, intensywnie nagradzany na europejskich festiwalach filmowych, który w Polsce był wyświetlany jako "Smak Życia", a który ja bym zatytułował po prostu "Rzyganie w Barcelonie".


Zakończę retorycznym pytajniko-wykrzyknikiem w stylu radiomaryjnym: Co to się porobiło z tymi zachodnimi społeczeństwami?! Wywyższyli młodość ponad wszystko, robiąc z niej świętą krowę i pozwalając młodym obijać się w nieskończoność na koszt reszty społeczeństwa, a teraz pozwalają im się powoli pogrążać. Moim zdaniem, w 'starej Europie', używając terminu Rumsfelda, najlepiej się żyje będąc studentem albo urzędnikiem europejskim - są to zdecydowanie dwa podstawowe filary nowej klasy próżniaczej. (Przy okazji, sam jestem wiecznym studentem:)



4 komentarze:

blue cousin pisze...

Fajna strona, w pelni zgadzam sie z konkluzja.
Pozdrawiam, Dylan Dog

Anonimowy pisze...

co do programu erasmus to nie zgadzam sie!sama niestety nie moge oprzec mojej opinii na doswiadczeniu,ale w najblizszych latach wybieram sie moze do Francji.Po 1 po to,zeby nauczyc sie jezyka po 2 po to by zawrzec znajomosci by potem podrozowac po calym swiecie i miec znajomych u ktorych mozna sie zatrzymac :) Jesli chodzi o film "Rzyganie w Barcelonie" to wydaje mi sie,ze zbyt ostro go nazwales.dobrze oddaje klimat przebywania na erasmusie ale konkluzja tego filmu(niewiem czy ogladales 2 czesc) jest taka,ze jednak warto na nie wyjezdzac!
milo bylo dowiedziec sie,o protestach we Wloszech.Co do porownania ministrow szkolnictwa,wydaje mi sie,ze Twoja jednak wygrywa. :)
pozdrawiam,chora siostra(majaca angine)

dylandog pisze...

Nie twierdze oczywiscie, ze nie mozna skorzystac z wyjazdu w ramach Erasmusa i mam nadzieje, ze Tobie sie uda.Chodzilo mi raczej o to, ze wiekszosc wyjezdzajacych glownie sie balwani i wraca nawet bez znajomosci jezyka, a ktos za to wszystko placi. Jesli o film chodzi to drugiej czesci bym juz chyba nie przezyl:) Ja tez uwazam, ze Mariastella wygrywa - Giertych zaproponowal mundurki i usuniecie Gombrowicza a ta stara sie zrobic cos wiecej. Dzieki za komentarz, szybkiego powrotu do zdrowia

Anonimowy pisze...

ale ladnie piszesz, masz lekkie pioro, retoryka a la czas najwyzszy oczywiscie ale to rodzinne ;-)nawiasem mowiac, ja nie mam cienia poczucia winy ze na cudzy koszt obijam sie wsrod pejsow, placa za to ze moja polska tozsamosc z dnia na dzien sie ugruntowuje ;-) gdyby tylko wiedzieli wyszarpali by mi ten caly nedzny gelt..Wydaje mi sie mimo wszystko ze erasmus program to dobry pomysl. to brzmi ogolnikowo i banalnie, ale to prawda, ze kazdy wyjazd czyli zmiana kontekstu, jest wzbogacajacy, szczegolnie dla polakow, ktorzy zyja w jednokulturowym zascianku. jesli ktos pije na erasmusie, to w swoim kraju tez pije, tylko nie na koszt UE ale swoich rodzicow :-) a propos niskiego poziomu edukacji czy niskich wymagan, duzy procent ciagnie z takiego wyjazdu wiele pozauniwersyteckich korzysci, jak twoja siorka, ktora nie jest szczegolnie zainteresowana kariera akademicka ale wlasnym rozwojem osobowosciowym jak najbardziej:-) caluje mocno!