sobota, 22 listopada 2008

"Tacierzyństwo" po włosku


Widziałem ostatnio ciekawy film pt. Le Chiavi di Casa (w Polsce jako 'Klucze do domu') z 2004 roku w reżyserii Gianni'ego Amelio. Film opowiada historię mężczyzny, który porzucił swojego niepełnosprawnego syna zaraz po porodzie, w czasie którego zmarła matka dziecka, i po kilkunastu latach wraca, żeby się chłopcem zaopiekować na czas pobytu w specjalistycznym ośrodku rehabilitacyjnym w Niemczech. Chłopiec (Paolo) ma chyba porażenie mózgowe - ma powykręcane nogi i ręce, jest mocno zgarbiony, ale stara się chodzić sam. Chociaż ma już piętnaście lat, zachowuje się często jak małe dziecko. Mimo ciężkiego upośledzenia jest jednocześnie bardzo śmieszną postacią - zadaje komiczne pytania (na przykład o to, czy jego ojciec pracuje wewnątrz czy na zewnątrz firmy), opowiada o włoskiej piłce nożnej, śpiewa piosenki Vasco Rossiego etc. Sceny z jego udziałem są zdaje się rejestracją jego naturalnego zachowania, bo chłopiec prawdopodobnie nie potrafił grać. Centralną postacią jest jednak ojciec i dynamika wydarzeń jest wyznaczona ewolucją tej postaci. Gianni jest młodym, przystojnym facetem z dobrą pracę, kochającą żoną i malutkim drugim synem. Wydawałoby się, że ma wszystko czego potrzeba do szczęścia, ale szczęśliwy nie jest. Pomysł filmu oparty jest na ciekawej symetrii - podczas gdy jeden bohater cierpi na chorobę cielesną, drugi cierpi na duchową, która przejawia się ona w wyjątkowej wrażliwości Gianniego. Śmierć żony i porzucenie Paolo stanowiło dla niego na pewno wielką traumę, ale poza tym jest on okaleczony nie tylko przez poczucie winy, ale charakterologiczną tak skrajną 'kobiecą' nadwrażliwość, że czasem wręcz budzi ona u widza mimowolną niechęć do postaci. Na tym poziomie film jest więc w dużym stopniu portretem 'niemęskiego' mężczyzny. Postacią stanowiącą przeciwwagę dla Gianniego jest natomiast postać silnej starszej kobiety, którą spotyka w szpitalu, i która od prawie trzydziestu lat wytrwale opiekuje się ciężko upośledzoną córką. To ona właśnie wygłasza kluczową kwestię w filmie, że jeśli Gianni zdecyduje dalej opiekować się Paolo, to musi być gotowy na to, że to on sam, a nie syn, będzie w tej całej sytuacji najbardziej cierpiał. Poza kwestiami genderowymi więc, na poziomie bardziej filozoficznym, postać niepełnosprawnego chłopca można chyba interpretować jako uosobienie tragizmu życia, który trzeba zaakceptować po to, żeby móc żyć. I to jest chyba najciekawsze przesłanie filmu. Podsumowując, chociaż można przyczepić do poziomu gry aktorskiej, która w przypadku Gianniego pozostawia czasem trochę do życzenia, generalnie film warto obejrzeć. Niżej zamieszczam zwiastun.








Zastanawiając się nad portretem ojcostwa w tym filmie zdałem sobie sprawę, że we Włoszech w ciągu ostatnich dziesięciu lat powstały w sumie trzy ważne i głośne filmy przedstawiające relacje między ojcami a synami, a właściwie bardziej postacie tych pierwszych. Najpierw w 1998 roku ukazała się genialna komedia o Holocauście 'La vita e bella' (Życie jest piękne), w której ojciec stara się ratować syna będącego w skrajnym niebezpieczeństwie. W 2001 powstał 'La stanza del figlio' (Pokój syna), gdzie główny bohater nie może wrócić do normalnego życia po stracie dziecka. Wreszcie w 2004 znacznie mniej popularny od tamtych ale też dostrzeżony film omówiony wyżej. Oczywiście te filmy, szczególnie dwa pierwsze, dotykają zagadnień znacznie szerszych niż ojcostwo, nie zmienia to jednak faktu, że ukazanie zachowania ojców, którzy, odpowiednio, chronią, tracą czy odzyskują dziecko, jest jednym z kluczowych elementów ich treści. Zastanawiam się czy ta koncentracja na ojcostwie jest przypadkowa, a jeśli nie, to o czym może ona świadczyć. Czy jest przejawem dominującej roli mężczyzn w kulturze włoskiej? Tu można by zauważyć, że film hiszpański poruszający temat podobny do tego z "Pokoju Syna", więc "Wszystko o mojej matce" Almodovara, opowiada o cierpieniu matki, a nie ojca, po stracie dziecka. Czy może te portrety ojców włoskich są bardziej przejawem zmieniających się stosunków wewnątrzrodzinnych, związanych z przedefiniowaniem roli ojca, który często coraz bardziej przejmuje funkcje tradycyjnie przypisane matce? Jedno nie wyklucza drugiego oczywiście. Obserwacje te mogą być też zbyt daleko idącymi wnioskami, co nie przeszkodzi mi przeskoczyć na kwestie polityczno-społeczne i poświęcić parę słów kwestii 'tacierzyństwa'.

'Tacierzyństwo' jest oczywiście terminem pochodzącym od 'urlopów tacierzyńskich' wymyślonym przez pismaków z Gazety Wyborczej i brzydko zaśmiecającm polszczyznę. Dlaczego, do diaska, nie 'urlop ojcowski'?! Pewnie dlatego, że 'ojciec' brzmi podejrzanie tradycyjnie i zalatuje patrymonialnym wzorcem rodziny, więc przez zmianę języka będziemy dążyć do zmian politycznych... 'Tacierzyństwo' można by chyba zdefiniować jako zjawisko socjologiczne polegające na większym niż niż to drzewiej bywało udziale mężczyzn w wychowywaniu dzieci, albo może nawet lepiej, żeby nie obrażać dobrych ojców, jako wyraz tendencji do politycznego promowania takich postaw.

Krótko wspomnę w tym kontekście o stosunkowo głośnym wydarzeniu, które miało miejsce na włoskiej scenie politycznej w zeszłym miesiącu, a mianowicie o nieoczekiwanej rezygnacji burmistrza Bolonii Sergio Cofferati'ego z ubiegania się o kolejną kadencję. Cofferati jest członkiem Partii Demokratycznej i byłym długoletnim szefem największego włoskiego związku zawodowego Cgil (około 5,5 mln członków, tradycyjnie zdominowany przez komunistów). Jako powód rezygnacji podał on sytuację rodzinną, co wywołało początkowo niedowierzanie i liczne spekulacje, że prawdziwy powód musiał być w rzeczywistości inny. Cofferati zaczął więc tłumaczyć tę sytuację rodzinną i w efekcie jego rezygnacja stała się, szczególnie dla osób o poglądach lewicowych, przykładem zachowania szczególnie godnego szacunku a nawet ważną demonstracją światopoglądowa. Krótko pisząc, sytuacja rodzinna burmistrza wygląda tak, że jego partnerka mieszka z synkiem w Genui, oddalonej od Bolonii o 600 kilometrów, i nie chce się przeprowadzić do Bolonii. Ponieważ "nie można oczekiwać, że małe dziecko będzie spędzać dużą część swojego życia na autostradach" Cofferati stwierdził, że musi poświęcić swoją karierę polityczną. W wywiadzie dla Il Corriere della sera mówił między innymi tak: "Wieczór przed konferencją prasową, na której ogłosiłem moją decyzję, uciekłem do Genui. Tamtego wieczora mój syn postawił pierwsze kroki. Bez żadnej pomocy dźwignął się na nogi i popatrzył na mnie triumfalnie, świadomy, że zrobił coś wyjątkowego. Potem upadł na pupę tak mocno, że aż mnie przestraszył." Uuu, jakie to słodkie! - chciałoby się powiedzieć:) Pojawiło się sporo komentarzy, że to wspaniale, że choć raz kobieta nie musi się dostosowywać do męża i może kontynuować swoją karierę, co Cofferati skromnie komentował "Nie zrobiłem przecież nic wielkiego. Chcę być z moim synem, móc się z nim bawić". Warto jednak zauważyc, że tym co trochę ginie w tej historii jest rozumienie polityki jako służby publicznej. Burmistrz Bolonii ma oczywiście prawo stawiać dobro żony czy synka wyżej niż pracę dla dobra publicznego, ale przesadą jest robienie z tego cnoty. Żeby było śmieszniej pojawiły się głosy, że Cofferati może wkrótce kandydować do Parlamentu Europejskiego, bo "obowiązki europarlamentarzysty są łatwiejsze do pogodzenia z życiem rodzinnym", he, he.


Jak Czytelnicy się już pewnie zorientowali nie bardzo kryję się na tym blogu z moimi konserwatywnymi przekonaniami. Nie chciałbym jednak wyjść na większego konserwatystę niż jestem w rzeczywistości, więc potrzebne może być zastrzeżenie, że zupełnie nie martwi mnie zmieniająca się rola mężczyzny w rodzinie - wyznaję zasadę "wolnoć Tomku w swoim domku". Natomiast śmieszą mnie a czasem też budzą moją niechęć polityczne tendencje, żeby takie zmiany promować, majstrując tym samym przy 'podstawowej komórce społecznej', która i tak miewa się w naszych czasach niezbyt dobrze.


2 komentarze:

andzi pisze...

aa

andzi pisze...

fajnie,godzine sie tu logowalam,zeby opublikowac jakis komentarz!i juz zapomnialam co pisalam!
czy jak bedzie europarlamentarzysta to bedzie mogl mieszkac w Bolonii?czym sie zajmuje jego zona?musi miec niezla posade skoro poswieca dla dziecka prace meza